Combat TJW, JW Grom, obóz górski, misja? Sam nie wiem, co bardziej ciekawiło mnie w tym szkoleniu. A może własna motywacja – czy dam radę; czy góry mnie pokonają; czy przezwyciężę własne słabości – czy czegoś się nauczę?

Parę minut przed oficjalnym rozpoczęciem obozu panuje atmosfera ekscytacji. Jedni oszpejowani jakby właśnie trwał konflikt zbrojny i przyjechały oddziały piechoty, inni między alpejskim turystą, a regularnym bywalcem karczmy u podnóża Kotelnicy Białczańskiej – na ciepło, na sportowo – turystycznie. Dochodzi 12:00, a pierwsze słowa instruktorów brzmią: „Zbiórka w szeregu. Trzy kroki do tyłu”. „Uuuu, pobawimy się w wojsko” – pomyślałem. „Podpór przodem” – kontynuował instruktor. I tu „zabawa” się skończyła. Dotarło do mnie, że przed nami ciężkie trzy dni, skoro oficjalnego powitania będę słuchał w podporze przodem, z gołymi rękami w 20 cm śniegu.

Powitanie i czas na wykład. Ten poświęcony był podstawom nawigacji w terenie górzystym. W połączeniu z ćwiczeniami praktycznymi dał nam podstawy ku temu, aby ruszyć świadomie w góry. Dostaliśmy rozkaz spakowania sprzętu i ubrania się na działanie w górach. Nie przypuszczałem, że 12 km po górach da się zrobić w jeden dzień. Dało się! Zadanie, zespół oraz atmosfera powodowały, że każdy krok – o ile z coraz większym trudem stawiany – dawał coraz więcej satysfakcji i szans na wykonanie założeń taktycznych. Liczba przekleństw rzucanych podczas zdobywania kolejnych szczytów była wprost proporcjonalna do satysfakcji z osiąganych celów. Ufff – jeszcze nie ma północy, a instruktorzy pozwalają zakończyć misje. Daliśmy radę. Pora spać.

Rozbrzmiewa coraz głośniejszy dźwięk jakiejś peruwiańskiej fletni – to budzik w komórce przypomina, że pora wstawać. Ech… Jeszcze nie ma 8:00… Ale trzeba się zbierać i biegiem na zaprawę. Potem śniadanie i odprawa z instruktorami. Żarty się skończyły – jeśli wielogodzinne zdobywanie różnych punktów dzień wcześniej można nazwa żartem. Pora spakować się na 24 godziny igrania z Bieszczadami. Ciepłe ciuchy, racja żywnościowa, toporek, nóż, krzesiwo… Co jeszcze? Mapa i kompas! I gotowi. Tylko co oni wymyślą… Jakie zadanie nas czeka? Jaki obszar będziemy patrolować? Z kim mamy unikać kontaktu lub go zrywać? I kogo w końcu mamy uratować i ewakuować???

Podzieleni na sekcje ruszamy z różnych punktów i kierujemy się na szczyt góry. Już wiemy jaka robota nas czeka – dwóch naszych jest rannych i czekają na nas w bliżej nieokreślonym miejscu, na zboczu wzniesienia. Musimy dotrzeć do podnóża góry, przeszukać nas sektor a potem ewakuować dyskretnie naszych. Rozpoczyna się wyścig z czasem. W końcu są sami, nie wiemy jaki mają sprzęt, jest -12 stopni Celsjusza, a po lesie grasują niedźwiedzie, watahy wilków czy też rysie – wszystkie głodne. Ruszamy. Tylko dokąd, jaką trasę wybrać, jak skoordynować pracę kilku zespołów? Przypominają się wiadomości z poprzedniego dnia. Planujemy. Już wszystko jasne – łatwo nie będzie, ale damy radę – azymut 310 stopni i za 3 km będziemy na miejscu. Zmierzamy do punktu, z którego rozpoczniemy przeczesywanie terenu. Mijają kolejne godziny marszu, przedzierania się przez śnieg i unikania wykrycia. Musimy robić coraz częściej przerwy, uzupełniać płyny i zagryzać drobne przekąski. Dobra – małe łyki – wody musi nam starczyć na najbliższe naście godzin. Przekąski – szczelnie pakujemy – nie chcemy wabić zwierząt zapachem pożywienia. Gotowi? To idziemy dalej. Jeszcze szybka kontrola azymutu i możemy ruszać.

Mija n-ta godzina marszu, wspinaczki i pokonywania własnych słabości. Docieramy na szczyt. Są już wszystkie sekcje, ale naszych nie udało się znaleźć. Rozpalamy na szybko ognisko, żeby lekko się ogrzać i zaplanować dalsze działania. Okazuje się, że jedna z sekcji wpadła na trop, który postanawiamy zbadać. Sukces – znajdujemy pierwszego człowieka. Po chwili poszukiwań, odnajduje się też drugi. Obydwaj nie są w stanie samodzielnie się przemieszczać. Nie ma czasu do stracenia – zabezpieczamy teren i przystępujemy do akcji. Prowizoryczne nosze, podział obowiązków, reorganizacja osprzętu i możemy ruszać. Przed nami kilka kilometrów do miejsca, w którym bezpiecznie rozbijemy obóz i przeczekamy noc.

Jest nas kilkanaście osób, ale znoszenie dwóch 90-kilogramowych rannych to nie poranny spacer molo w Sopocie. Trasa wydaje się nie kończyć. Robimy postoje, sprawdzamy stan rannych i nasz własny. Pod osłoną nocy – wyjątkowo jasnej na nasze szczęście – przemierzamy kolejne kilometry. Jest!!!! W końcu!!! Po 1:00 w nocy docieramy w bezpieczne miejsce! Budujemy obóz! Ognisko, schronienie, zabezpieczenie rannych czy warty, mające zapewnić nam możliwość obniżenia czujności i odpoczynku, może nawet snu – jesteśmy gotowi na noc w górach.

Nasza radość nie trwa długo – nie dalej jak po 2 godzinach zostajemy wykryci i dalsze obozowanie nie jest możliwe. 9 minut i 53 sekundy trwa nasza mobilizacja – ustawieni sekcjami, spakowani i gotowi do wymarszu – ruszamy. Ech. Czyli to tak Combat TJW i JW Grom intepretują „all inclusive”… nikt wakacji nie obiecywał, no ale obóz miewa przerwy i czas własny. Obóz tak – misja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie przygranicznym już nie. Liczy się zadanie i wykonanie. Po 6 km docieramy do naszego ośrodka – już stąd nas nikt nie ruszy! Jest 5:30. Dość wcześnie jak na poranną toaletę czy śniadanie, zatem – idziemy spać – dziwny stan – dość nietypowy jak dla nas w tych warunkach. Misja skończona. Zanim wstanie słońce, my możemy oddać się w objęcia Morfeusza. „Nasi” bezpieczni; my bezpieczni; wszyscy szczęśliwi – obolali, przemoknięci, czasem zmarznięci, ale szczęśliwi.

Ostatni dzień jest dniem podsumowań. Część z udawaną skromnością i powagą, inni ze szczerymi wypiekami na twarzy opowiadają swoje przeżycia, odczucia i spostrzeżenia. Każdy ma jakieś „ale” – raz do siebie, raz do innych, ale każdy jest dumny, że dał radę – od 50cio kilogramowej dziewczyny, po 100 kg gościa oszpejowanego jak Rambo VII. Daliśmy radę.”

admin

Author admin

More posts by admin
?

Zapisz się