Cytując Chylińską – teraz wiem już, jak to smakuje. Wiem jakie mogą dostać zadania nasi żołnierze na misjach, wiem jaki ogrom pracy czeka kontraktora podczas wykonywania swoich obowiązków, wiem jak bardzo niebezpieczna jest codzienna praca operatorów w strefach wysokiego ryzyka. Wiem, bo przeżyłem jedno z ciekawszych szkoleń w tym sezonie – High Risk Zone – organizowane przez Combat – Trenuj Jakbyś Walczył. I chyba właśnie „trenuj, jakbyś walczył” charakteryzuje całość minionego treningu. Od pierwszej minuty szkolenia wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Ale po kolei.

Każde szkolenie z zakresu taktyki czy procedur to żmudna praca u podstaw, powtarzanie do znudzenia tych samych ruchów, ustawień, schematów. W tym przypadku było podobnie, z tą różnica, że nudno nie było nawet przez chwile.

Przyjazd do ośrodka szkoleniowego standardowo – w piątek, po robocie, na wieczór. Już wiem, że ma to sens – można odciąć się od codzienności, wejść w klimat szkolenia i powoli rozpoczynać daną tematykę. Jednak Marcin i Borys (instruktorzy) specyficznie podchodzą do słowa „powoli”. Piątek, godzina 20:00 – mamy postawione pierwsze zadanie – przygotować się jak na robotę i od tego momentu aż do odwołania – chronić ośrodek – bazę – przed każdą możliwą próbą zagrożenia bezpieczeństwu. Co to praktyce oznacza? Wybór i przygotowanie broni, wybór i przygotowanie sprzętu, patrolowanie okolicy, przeszukiwanie każdego pojazdu podjeżdżającego w pobliże ośrodka, zapewnienie bezpieczeństwa cywilom.

Taka militarna nomenklatura rodem z pola walki obowiązywała nas przez całe szkolenia. Instruktorzy nie pozwolili nam nawet na chwile zapomnieć, że „trenuj, jakbyś walczył”. Pierwsza noc upłynęła spokojnie – żadna warta nie napotkała na sytuację niebezpieczną. Można iść na śniadanie. Szczęśliwy ten, którem udało się zdrzemnąć. Zaczynamy sobotnie szkolenie. Krótkie wprowadzenie. Poznajemy cholernie stresującą i trudną pracę operatorów na checkpoint’ach. Coroczny przegląd gwarancyjny nowozakupionego auta to pikuś przy precyzji, której wymagają od nas instruktorzy. Każdy cm samochodu może nam podpowiedzieć, że gdzieś czai się niebezpieczeństwo – wystający kabelek, w miejscu w którym go nie powinno być? Dziwne. Zdezelowane koło zapasowe na nowiusieńkim pojeździe? Podejrzane. Sprawdzenie samochodu musi być tak dokładne, jak bardzo nie mamy ochoty wylecieć w powietrze, bo zapomnieliśmy zajrzeć do schowka.

W tym czasie, druga sekcja szkoli się z pieszych szyków ochronnych, procedur zabezpieczania VIP’a w budynkach czy procedur bezpieczeństwa podczas jego transportu. Wszystko w strefie wysokiego ryzyka. To nie zadania stawiane przed BOR-em podczas dorocznych Dni Kapusty w Charsznicy, gdzie ryzyko wystąpienia zdarzenia niebezpiecznego jest niskie. W przypadku HRZ, VIP narażony jest na śmierć w każdej sekundzie przebywania poza bezpieczną strefą. Każdy pojazd, każdy człowiek, każda sytuacja – mogą nieść ryzyko. Poznajmy tajniki pracy najlepszych kontraktorów, których zadaniem jest za wszelką ceną ochronić życie VIP’a. W między czasie podjeżdżają pojazdy – odbieramy je od kierowców i przygotowujemy do działań. Instruktorzy omawiają z nami rozlokowanie agentów w pojazdach, szyk w kolumnie, przejście z pojazdów do budynku, wyjście z pojazdów i reakcje na zasadzkę. Ćwiczymy bez przerwy. Obiad to tylko potknięcie się w marszu do perfekcji. Każdy daje z siebie wszystko. Chcemy to zrobić jak najlepiej potrafimy. Trenujemy bez przerwy, a niespodzianki przygotowywane przez instruktorów nie pozwalają nam nawet na chwilę wyłączyć myślenia i skupienia. Rutyna nie wchodzi w grę.
Kolacja. Można chwilę odpocząć. Jedni śpią, inny jedzą. Jeszcze inny czyszczą broń i przekonfigurowują ekwipunek. Za chwilę odprawa i wieczorna operacja. O tej nie mogę powiedzieć za dużo. Jak się jednak nietrudno domyśleć – wrzuć do blendera wszystkie zagadnienia trenowane przez nas od początku szkolenia, a otrzymasz koktajl o nazwie „wieczorna operacja”. Dzielimy się na zespoły, każdy zespół przygotowuje się do swojego zadania. Godzina 20:25 – rozpoczynamy działania. Rozlokowani w pojazdach ruszamy. Każdy wie co robić. W milczeniu i skupieniu przemieszczamy się w rejon operacji.

Niedziela rozpoczyna się leniwie. Choć to tylko nasze wrażenie, bo zanim zdążył zadzwonić pierwszy budzik, instruktorzy już na nas czekali. Ten dzień poświęcony jest pracy na helipadzie. Potwornie niebezpieczny moment w pracy każdego operatora – wsiadanie i wysiadanie z pojazdu – dowolnego. To moment w którym kilku, czasem kilkunasto tonowa maszyna zatrzymuje się, wręcz zapraszając wroga do ataku. W sobotę tymi maszynami były samochody. Dziś – śmigłowce. Wybór miejsca lądowania, oznaczanie lądowiska czy podejście do śmigłowca to tylko część z omawianych zagadnień. Tak – tym razem też jest więcej wylewania potu niż omawiania.

Szkolenie kończymy odprawą. Omawiamy cały trening, wymieniamy spostrzeżenia, żartujemy i w końcu możemy się odprężyć. Stan pełnej gotowości zniesiony. Udało się. Baza była bezpieczna, a my trenowaliśmy, jakbyśmy walczyli.

admin

Author admin

More posts by admin
?

Zapisz się