Monthly Archives

Kwiecień 2017

RELACJA: Survival (SERE cz. 1)

„Jak pewnie część z Was wie nie tak dawno miałem przyjemność uczestniczyć w pierwszej części szkolenia SERE organizowanego przez szkołę Combat – Trenuj Jakbyś Walczył.
Wreszcie znalazłem chwilę aby ze zdobytych zdjęć zrobić mini relacje. Po pierwsze, było mega. 48h z ludźmi którzy zapoczątkowali temat SERE w polskim wojsku robi wrażenie (a sami szkoliki się od najlepszych), następnym razem będę zbierał autografy i dwa dni się nie umyję (co tam akurat nie będzie wyczynem).
Szkolenie odbyło się na odludnym, zalesionym, prywatnym terenie, więc nie było ryzyka że nagle wpadnie leśniczy i każe nam wracać do domów, jak to bywa czasem na innych szkoleniach. Rozpoczęliśmy od oddania wszystkich racji żywnościowych które zabraliśmy na taki wyjazd, dzięki temu mogliśmy poznać uczucie kontrolowanego głodu (bo nie głodowania). Od tej pory pożywienie zdobywaliśmy sami, lub otrzymywaliśmy wydzielone – jeżeli okazało się że wędkarzy to z nas nie będzie.
Zaczęliśmy od nauki budowy schronienia, poznaliśmy kila rodzajów szałasów, wszystkie udało się zbudować, wszystkie wytrzymały dwie noce.
Potem przyszedł czas na rozpalenie ognia, dla niektórych pierwszy raz z krzesiwem, doskonałe sprawdzenie umiejętności które wydają się banalne, ale proste stają się dopiero rankiem trzeciego dnia. Kiedy taktyczne ogniska już się pięknie paliły przyszedł czas na kolację. Jeżeli się nie mylę to pierwszego wieczoru udało nam się zdobyć po dwa ziemniaki na głowę, garść porzeczek i liście malin na herbatę. To była bardzo dobra herbata. Wieczorem wszyscy szybko padli, bo organizmy przestawiły się na oszczędzanie energii a wszyscy myśleliśmy że ‚znamy’ instruktorów więc spodziewaliśmy się, że i tak za dwie godziny obudzi nas pirotechnika i informacja że nasze schronienie zostało wykryte i musimy uciekać. Tym czasem po siedmiu godzinach nieprzerwanego snu wstaliśmy jak nowo narodzeni, wiecie, świeże powietrze, las, przyroda.. i tak wytrzymaliśmy 45 minut. potem pojawił się głód.
Tym razem mieliśmy więcej szczęścia. Dwa jajka, nauka pieczenia ich w ognisku, jajecznica w kubku po herbacie i można zacząć dzień.
Oczywiście poza ciągłym zdobywaniem pożywienia czekały na nas bloki edukacyjne, m.in. jak zbudować podstawowe bronie i jak się nimi posługiwać (sądzicie że rzucić celnie większym kamieniem na 10m to taki banał?), zaczęliśmy od kamieni, przeszliśmy przez pałki, maczugi, włócznie, skończyliśmy na gwiazdach i bole. Włócznia poszła mi najlepiej. Nauczyliśmy się też jak z liny założyć bezpieczne stanowisko, zrobić uprząż zjazdową, czy też jak przy pomocy sznurówek wydostać się z jaskimi.
Podczas nauki wędkowania nauczyliśmy się że istnieje coś takiego jak dobra energia (bo nie wytłumaczę inaczej czemu kolega obok złowił siedem ryb a ja żadnej, mimo dokładnie tych samych parametrów sprzętu wędkarskiego).
Tego samego dnia mieliśmy jeszcze warsztaty krawieckie, zaczęliśmy od obuwia, aby potem z miłośników kultury latynoskiej, przekształcić się w zakon braci mniejszych, a następnie w Kanye Westa.
Co mogę więcej powiedzieć, szkolenie przyniosło mi bardzo wiele wniosków, nie tylko praktycznych umiejętności, ale także nauk o ludzkiej psychice i organizmie.
Bardzo wyraźnie widziałem różnicę między zeszłorocznym 72 godzinnym zgrupowaniem, gdzie się prawie nie spało, cały czas w ruchu, walce czy w wodzie. Natomiast ponieważ co godzinę mogłeś dostarczyć organizmowi wodę oraz dwa gryzy czystej energii to byłeś w stanie wytrzymać trudy jeżeli miałeś jakąkolwiek kondycję.
Tutaj w sytuacji braku pożywienia wyraźnie widać było jakim wysiłkiem jest wejście na wzgórze na jagodowy szaber, jak humory padają 30 minut po wstaniu z siennika i jak nagle wszyscy odżywają po kubku rosołu i naprawdę małej płotce (oraz jak części kury które normalnie by zostały wyrzucone jako niezjadliwe, były odrywane od wygotowanych kości multitoolem aby tylko zjeść jeszcze kęs).
To wszystko w towarzystwie legend JW GROM, chętnych do wspomnień, odpowiadania na każde pytanie i zawsze w dobrych humorach. W tym miesiącu kolejny etap, tym razem więcej ruchu, mam nadzieję tylko że wyżywienie będzie all-inclusive.
Polecam każdemu.”

OBÓZ ZIMOWY: ‚Misja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie przygranicznym’

Combat TJW, JW Grom, obóz górski, misja? Sam nie wiem, co bardziej ciekawiło mnie w tym szkoleniu. A może własna motywacja – czy dam radę; czy góry mnie pokonają; czy przezwyciężę własne słabości – czy czegoś się nauczę?

Parę minut przed oficjalnym rozpoczęciem obozu panuje atmosfera ekscytacji. Jedni oszpejowani jakby właśnie trwał konflikt zbrojny i przyjechały oddziały piechoty, inni między alpejskim turystą, a regularnym bywalcem karczmy u podnóża Kotelnicy Białczańskiej – na ciepło, na sportowo – turystycznie. Dochodzi 12:00, a pierwsze słowa instruktorów brzmią: „Zbiórka w szeregu. Trzy kroki do tyłu”. „Uuuu, pobawimy się w wojsko” – pomyślałem. „Podpór przodem” – kontynuował instruktor. I tu „zabawa” się skończyła. Dotarło do mnie, że przed nami ciężkie trzy dni, skoro oficjalnego powitania będę słuchał w podporze przodem, z gołymi rękami w 20 cm śniegu.

Powitanie i czas na wykład. Ten poświęcony był podstawom nawigacji w terenie górzystym. W połączeniu z ćwiczeniami praktycznymi dał nam podstawy ku temu, aby ruszyć świadomie w góry. Dostaliśmy rozkaz spakowania sprzętu i ubrania się na działanie w górach. Nie przypuszczałem, że 12 km po górach da się zrobić w jeden dzień. Dało się! Zadanie, zespół oraz atmosfera powodowały, że każdy krok – o ile z coraz większym trudem stawiany – dawał coraz więcej satysfakcji i szans na wykonanie założeń taktycznych. Liczba przekleństw rzucanych podczas zdobywania kolejnych szczytów była wprost proporcjonalna do satysfakcji z osiąganych celów. Ufff – jeszcze nie ma północy, a instruktorzy pozwalają zakończyć misje. Daliśmy radę. Pora spać.

Rozbrzmiewa coraz głośniejszy dźwięk jakiejś peruwiańskiej fletni – to budzik w komórce przypomina, że pora wstawać. Ech… Jeszcze nie ma 8:00… Ale trzeba się zbierać i biegiem na zaprawę. Potem śniadanie i odprawa z instruktorami. Żarty się skończyły – jeśli wielogodzinne zdobywanie różnych punktów dzień wcześniej można nazwa żartem. Pora spakować się na 24 godziny igrania z Bieszczadami. Ciepłe ciuchy, racja żywnościowa, toporek, nóż, krzesiwo… Co jeszcze? Mapa i kompas! I gotowi. Tylko co oni wymyślą… Jakie zadanie nas czeka? Jaki obszar będziemy patrolować? Z kim mamy unikać kontaktu lub go zrywać? I kogo w końcu mamy uratować i ewakuować???

Podzieleni na sekcje ruszamy z różnych punktów i kierujemy się na szczyt góry. Już wiemy jaka robota nas czeka – dwóch naszych jest rannych i czekają na nas w bliżej nieokreślonym miejscu, na zboczu wzniesienia. Musimy dotrzeć do podnóża góry, przeszukać nas sektor a potem ewakuować dyskretnie naszych. Rozpoczyna się wyścig z czasem. W końcu są sami, nie wiemy jaki mają sprzęt, jest -12 stopni Celsjusza, a po lesie grasują niedźwiedzie, watahy wilków czy też rysie – wszystkie głodne. Ruszamy. Tylko dokąd, jaką trasę wybrać, jak skoordynować pracę kilku zespołów? Przypominają się wiadomości z poprzedniego dnia. Planujemy. Już wszystko jasne – łatwo nie będzie, ale damy radę – azymut 310 stopni i za 3 km będziemy na miejscu. Zmierzamy do punktu, z którego rozpoczniemy przeczesywanie terenu. Mijają kolejne godziny marszu, przedzierania się przez śnieg i unikania wykrycia. Musimy robić coraz częściej przerwy, uzupełniać płyny i zagryzać drobne przekąski. Dobra – małe łyki – wody musi nam starczyć na najbliższe naście godzin. Przekąski – szczelnie pakujemy – nie chcemy wabić zwierząt zapachem pożywienia. Gotowi? To idziemy dalej. Jeszcze szybka kontrola azymutu i możemy ruszać.

Mija n-ta godzina marszu, wspinaczki i pokonywania własnych słabości. Docieramy na szczyt. Są już wszystkie sekcje, ale naszych nie udało się znaleźć. Rozpalamy na szybko ognisko, żeby lekko się ogrzać i zaplanować dalsze działania. Okazuje się, że jedna z sekcji wpadła na trop, który postanawiamy zbadać. Sukces – znajdujemy pierwszego człowieka. Po chwili poszukiwań, odnajduje się też drugi. Obydwaj nie są w stanie samodzielnie się przemieszczać. Nie ma czasu do stracenia – zabezpieczamy teren i przystępujemy do akcji. Prowizoryczne nosze, podział obowiązków, reorganizacja osprzętu i możemy ruszać. Przed nami kilka kilometrów do miejsca, w którym bezpiecznie rozbijemy obóz i przeczekamy noc.

Jest nas kilkanaście osób, ale znoszenie dwóch 90-kilogramowych rannych to nie poranny spacer molo w Sopocie. Trasa wydaje się nie kończyć. Robimy postoje, sprawdzamy stan rannych i nasz własny. Pod osłoną nocy – wyjątkowo jasnej na nasze szczęście – przemierzamy kolejne kilometry. Jest!!!! W końcu!!! Po 1:00 w nocy docieramy w bezpieczne miejsce! Budujemy obóz! Ognisko, schronienie, zabezpieczenie rannych czy warty, mające zapewnić nam możliwość obniżenia czujności i odpoczynku, może nawet snu – jesteśmy gotowi na noc w górach.

Nasza radość nie trwa długo – nie dalej jak po 2 godzinach zostajemy wykryci i dalsze obozowanie nie jest możliwe. 9 minut i 53 sekundy trwa nasza mobilizacja – ustawieni sekcjami, spakowani i gotowi do wymarszu – ruszamy. Ech. Czyli to tak Combat TJW i JW Grom intepretują „all inclusive”… nikt wakacji nie obiecywał, no ale obóz miewa przerwy i czas własny. Obóz tak – misja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie przygranicznym już nie. Liczy się zadanie i wykonanie. Po 6 km docieramy do naszego ośrodka – już stąd nas nikt nie ruszy! Jest 5:30. Dość wcześnie jak na poranną toaletę czy śniadanie, zatem – idziemy spać – dziwny stan – dość nietypowy jak dla nas w tych warunkach. Misja skończona. Zanim wstanie słońce, my możemy oddać się w objęcia Morfeusza. „Nasi” bezpieczni; my bezpieczni; wszyscy szczęśliwi – obolali, przemoknięci, czasem zmarznięci, ale szczęśliwi.

Ostatni dzień jest dniem podsumowań. Część z udawaną skromnością i powagą, inni ze szczerymi wypiekami na twarzy opowiadają swoje przeżycia, odczucia i spostrzeżenia. Każdy ma jakieś „ale” – raz do siebie, raz do innych, ale każdy jest dumny, że dał radę – od 50cio kilogramowej dziewczyny, po 100 kg gościa oszpejowanego jak Rambo VII. Daliśmy radę.”

RELACJA: High Risk Zone 1

Cytując Chylińską – teraz wiem już, jak to smakuje. Wiem jakie mogą dostać zadania nasi żołnierze na misjach, wiem jaki ogrom pracy czeka kontraktora podczas wykonywania swoich obowiązków, wiem jak bardzo niebezpieczna jest codzienna praca operatorów w strefach wysokiego ryzyka. Wiem, bo przeżyłem jedno z ciekawszych szkoleń w tym sezonie – High Risk Zone – organizowane przez Combat – Trenuj Jakbyś Walczył. I chyba właśnie „trenuj, jakbyś walczył” charakteryzuje całość minionego treningu. Od pierwszej minuty szkolenia wiedzieliśmy, że lekko nie będzie. Ale po kolei.

Każde szkolenie z zakresu taktyki czy procedur to żmudna praca u podstaw, powtarzanie do znudzenia tych samych ruchów, ustawień, schematów. W tym przypadku było podobnie, z tą różnica, że nudno nie było nawet przez chwile.

Przyjazd do ośrodka szkoleniowego standardowo – w piątek, po robocie, na wieczór. Już wiem, że ma to sens – można odciąć się od codzienności, wejść w klimat szkolenia i powoli rozpoczynać daną tematykę. Jednak Marcin i Borys (instruktorzy) specyficznie podchodzą do słowa „powoli”. Piątek, godzina 20:00 – mamy postawione pierwsze zadanie – przygotować się jak na robotę i od tego momentu aż do odwołania – chronić ośrodek – bazę – przed każdą możliwą próbą zagrożenia bezpieczeństwu. Co to praktyce oznacza? Wybór i przygotowanie broni, wybór i przygotowanie sprzętu, patrolowanie okolicy, przeszukiwanie każdego pojazdu podjeżdżającego w pobliże ośrodka, zapewnienie bezpieczeństwa cywilom.

Taka militarna nomenklatura rodem z pola walki obowiązywała nas przez całe szkolenia. Instruktorzy nie pozwolili nam nawet na chwile zapomnieć, że „trenuj, jakbyś walczył”. Pierwsza noc upłynęła spokojnie – żadna warta nie napotkała na sytuację niebezpieczną. Można iść na śniadanie. Szczęśliwy ten, którem udało się zdrzemnąć. Zaczynamy sobotnie szkolenie. Krótkie wprowadzenie. Poznajemy cholernie stresującą i trudną pracę operatorów na checkpoint’ach. Coroczny przegląd gwarancyjny nowozakupionego auta to pikuś przy precyzji, której wymagają od nas instruktorzy. Każdy cm samochodu może nam podpowiedzieć, że gdzieś czai się niebezpieczeństwo – wystający kabelek, w miejscu w którym go nie powinno być? Dziwne. Zdezelowane koło zapasowe na nowiusieńkim pojeździe? Podejrzane. Sprawdzenie samochodu musi być tak dokładne, jak bardzo nie mamy ochoty wylecieć w powietrze, bo zapomnieliśmy zajrzeć do schowka.

W tym czasie, druga sekcja szkoli się z pieszych szyków ochronnych, procedur zabezpieczania VIP’a w budynkach czy procedur bezpieczeństwa podczas jego transportu. Wszystko w strefie wysokiego ryzyka. To nie zadania stawiane przed BOR-em podczas dorocznych Dni Kapusty w Charsznicy, gdzie ryzyko wystąpienia zdarzenia niebezpiecznego jest niskie. W przypadku HRZ, VIP narażony jest na śmierć w każdej sekundzie przebywania poza bezpieczną strefą. Każdy pojazd, każdy człowiek, każda sytuacja – mogą nieść ryzyko. Poznajmy tajniki pracy najlepszych kontraktorów, których zadaniem jest za wszelką ceną ochronić życie VIP’a. W między czasie podjeżdżają pojazdy – odbieramy je od kierowców i przygotowujemy do działań. Instruktorzy omawiają z nami rozlokowanie agentów w pojazdach, szyk w kolumnie, przejście z pojazdów do budynku, wyjście z pojazdów i reakcje na zasadzkę. Ćwiczymy bez przerwy. Obiad to tylko potknięcie się w marszu do perfekcji. Każdy daje z siebie wszystko. Chcemy to zrobić jak najlepiej potrafimy. Trenujemy bez przerwy, a niespodzianki przygotowywane przez instruktorów nie pozwalają nam nawet na chwilę wyłączyć myślenia i skupienia. Rutyna nie wchodzi w grę.
Kolacja. Można chwilę odpocząć. Jedni śpią, inny jedzą. Jeszcze inny czyszczą broń i przekonfigurowują ekwipunek. Za chwilę odprawa i wieczorna operacja. O tej nie mogę powiedzieć za dużo. Jak się jednak nietrudno domyśleć – wrzuć do blendera wszystkie zagadnienia trenowane przez nas od początku szkolenia, a otrzymasz koktajl o nazwie „wieczorna operacja”. Dzielimy się na zespoły, każdy zespół przygotowuje się do swojego zadania. Godzina 20:25 – rozpoczynamy działania. Rozlokowani w pojazdach ruszamy. Każdy wie co robić. W milczeniu i skupieniu przemieszczamy się w rejon operacji.

Niedziela rozpoczyna się leniwie. Choć to tylko nasze wrażenie, bo zanim zdążył zadzwonić pierwszy budzik, instruktorzy już na nas czekali. Ten dzień poświęcony jest pracy na helipadzie. Potwornie niebezpieczny moment w pracy każdego operatora – wsiadanie i wysiadanie z pojazdu – dowolnego. To moment w którym kilku, czasem kilkunasto tonowa maszyna zatrzymuje się, wręcz zapraszając wroga do ataku. W sobotę tymi maszynami były samochody. Dziś – śmigłowce. Wybór miejsca lądowania, oznaczanie lądowiska czy podejście do śmigłowca to tylko część z omawianych zagadnień. Tak – tym razem też jest więcej wylewania potu niż omawiania.

Szkolenie kończymy odprawą. Omawiamy cały trening, wymieniamy spostrzeżenia, żartujemy i w końcu możemy się odprężyć. Stan pełnej gotowości zniesiony. Udało się. Baza była bezpieczna, a my trenowaliśmy, jakbyśmy walczyli.

?

Zapisz się